wtorek, 13 czerwca 2017

Trzeba czekać....

To o czym pisałam w ostatnim poście, jednak nie zawsze mi się udaje. Zwłaszcza teraz, gdy liczyłam na to, że wszystko przyśpieszy, zacznie się coś w końcu pozytywnego dziać. Niestety znów musze czekać. Znów mijaja kolejne dni, a nie ma żadnych pozytywnych zwrotów akcji. To wszystko przez tą nieszczęsną prolaktyne. Jest niestety tak, że musi być znaleziony powód jej podwyższonego stanu. Nie ominie mnie więc prześwietlenie głowy. No a, że normalną koleją rzeczy jest to, że trzeba na takie badanie swoje odczekać, więc czekam...Juz drugi miesiąc zresztą. Badanie mam 14 lipca dopiero. Ono pewnie roztrzygnie co dalej robimy. Już w Polsce często - gęsto ta prolaktyna była mocno podwyższona. Dostawałam Bromegeron. Na chwilę był spokój, ale potem znów wracałam do punktu wyjścia. Żaden lekarz nawet nie zająknął się o tym, żeby bliżej przyjrzeć sie tej sprawie. Jakaś przyczyna musi w końcu byc. Oby tylko za bardzo nie opózniła ona rozpoczęcia procedury. Tak bardzo chciałabym juz zacząć. Myslę o tym ciagle i to czekanie mnie dołuje trochę. Cały czas sobie powtarzam, że będzie dobrze:) To mi jakoś pomaga przetrwać.

piątek, 2 czerwca 2017

Jak ,,ugryźć,, niepłodność

Zastanawiam się od dawna nad tym, jak podejść do tematu mojej niepłodności, in -vitro, wszystkich spraw z tym związanych. Nigdy nie chciałam, żeby ten temat dominował w moim życiu. Nigdy kurczowo nie trzymałam się kalendarzyka, nie wyliczałam dni, kiedy powinam kochac się z meżem, a kiedy nie, bo i tak nic z tego nie będzie. Starałam sie przede wszystkim nie świrować, wychodząc z założenia, że jak cos ma się wydarzyć, to i tak się wydarzy. Byłam nad wyraz cierpliwa.
 Pewnie to, jak ktoś podchodzi do tego tematu, wynika w dużym stopniu z jego charakteru. Ja zaliczam się raczej do osób, które nie muszą mieć coś ,,zaraz, już, natychmiast,,! Wolę poczekać, popracować nad tym , wierząc, że cel, pózniej bo póżniej, ale zostanie osiągnięty.

Bardzo pragnę być mamą, marzę o tym, tylko nie chcę, żeby to niezrealizowane pragnienie, przysłoniło mi reszte swiata. Te wiele lat nauczyło mnie, że można zyc bez dziecka. To życie może nie jest takie, jakie sobie wymarzyłam, nie moge powiedzieć, że jestem w pełni szczęsliwa. Moge za to powiedziec, że życie momentami jest piękne. Z tych chwil chcę czerpać siłę. Wierzę w szczęsliwe zakonczenie. To dzięki tej wierze, chce mi się rano wstać z łóżka. Wierzę i dlatego nie zalewam się co miesiąc łzami rozczarowania i bezsilności, nie odwracam wzroku od dzieci, nie patrzę z zazdrością na kobiety z brzuszkami( no może trochę), rozpływam się z zachwytu nad moją kilkumiesięczną siostrzenicą. Wierzę, że kiedyś mój czas też nadejdzie....

Nie chcę by moje wszystkie myśli, pragnienia, marzenia były ukierunkowane na jedno. Bo jeżeli się nie uda? To co wtedy?

Dlatego moje podejście do in-vitro i do całego leczenia jest właśnie takie. Nie wiem czy to źle czy dobrze. Tak po prostu jest. Nie czytam o tym ciągle, nie śledzę forów, nie zamawiam książek i czasopism o tej tematyce. Uważam, ze przesada też nie jest dobra. Czasem im bardziej się staramy, to tym bardziej nam nie wychodzi. Trzeba czasem po prostu zluzować. Zaufać lekarzom, sile natury, nauki czy po prostu przeznaczeniu. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Oczywiście trzeba walczyć. Determinacja i wiara w zwycięstwo to połowa sukcesu. Tylko trzeba pamiętać też o tym, żeby ta walka nie stała się jedynym sensem naszego życia.

Update:)

Miałam plan, że poprzedni post będzie moim ostatnim na tym blogu. Nie czuję juz tego pisania:) a zresztą moje wpisy wyglądały by bardzo podo...